rakowi środkowy paluch

rakowi środkowy paluch

sobota, 10 grudnia 2016

Nowe życie i nowy blog

Widząc ilu mam tu czytelników zapewne ryzykuję likwidując tego bloga. Założyłam własną stronę internetową i tam kontynuuję pisanie. Zmieniłam też nazwę i charakter nowego bloga. Strona nazywa się W moim pałacu, gdyż skończyłam w tej chwili walkę, żyję i jestem szczęśliwa, jestem Królową życia. 
Jeśli masz ochotę podążać za mną, podzielę się moją radością dnia codziennego. Zapraszam na
W moim pałacu


niedziela, 27 listopada 2016

Moje Anioły

Przeczytałam Anioła do wynajęcia Magdaleny Kordel i poprosiłam Boga o własnego. I nagle uświadomiłam sobie, że już mam Anioła i to nie jednego. 
Wyniki badań mam dobre, więc mój chirurg spogląda w przyszłość z większym optymizmem. Niedługo miną dwa lata od operacji i będę mogła pomyśleć o rekonstrukcji. 
Pewne zacne Jury, które jest dla mnie wielkim autorytetem, doceniło moje opowiadanie pt Klątwa siedmiu pokoleń w konkursie na blogu Magdaleny Kordel. Dzięki tej pisarce spełniłam też swoje marzenie i tekst ukaże się w zbiorze pięknych opowiadań pt Duchy przeszłości. 
Za namową moich Aniołów rozwijam opowiadanie w dłuższą formę. 
Inna pisarka Magdalena Witkiewicz często powtarza, że dobro wraca. To prawda. Piszecie do mnie piękne listy o tym, jak moje wpisy pomagają wam przetrwać trudne chwile. W zamian od życia otrzymuję wiele uśmiechu, dobra, przyjaźni, radości i szczęścia. Tak, jestem szczęśliwa pomimo choroby. Czym jest szczęście? Idąc za wskazówką autorki Pracowni dobrych myśli uważam, że moje szczęście to patchwork uszyty ze skrawków waszego życia, waszych radości i serdeczności. To doszywane misternie nasze spotkania i idąca za nimi pozytywna energia oraz dawka niezbędnych endorfin. 
Zacytuję  po kociewsku kolejną wspaniałą pisarkę Annę Sakowicz: TO SIĘ DA!
Wczoraj miało miejsce ostatnie w tym roku spotkanie klubu Literatura od kuchni. Tym razem kawę wypiła z nami Magdalena Witkiewicz. Uważam, że oprócz tego, że spełniła marzenia swoich fanów, zyskała również w Grudziądzu nowych czytelników. 
W przyszłym roku planujemy z Wiesławem Hawełko (na pierwszej fotografii) małą fuzję. Myślę, że Literatura od kuchni zagości w Galerii Wizo-Art w Grudziądzu. Z naszym entuzjazmem i miłością do sztuki i literatury zorganizujemy wiele magicznych spotkań przy świecach. Jednak wszystko ma swój czas. Obecnie rozpoczynamy przygotowania do świąt Bożego Narodzenia. Będą niezwykłe. Mamy w tym roku za co dziękować Bogu. 
Życie jest piękne!




Piękne rękodzieło z manufaktury SasiDesign

niedziela, 20 listopada 2016

Pułapka internetu

Zawsze męczył mnie gwar dużego miasta. Tempo życia będące tam normalnością, wywoływało u mnie napady paniki. Nawet gdy udało mi się przybrać wielkomiejską maskę i dorównywać krokiem karmiącej mnie korporacji, potrzebowałam weekendów na wsi, by naładować wyczerpane akumulatory życia. Wróciłam do mojego "grajdołka" i myślałam, że jedyne co mi grozi to nuda. Nie doceniłam internetu. 
Facebook mnie czasem przeraża. Te tłumy twarzy, setki komentarzy, emotikonów i przypominających neony gifów. Aplikacja wydająca dźwięki przy każdej aktywności, non stop rozładowana bateria i notoryczny brak czasu to wielkie miasto w moim telefonie. Jeśli jeden dzień nie wejdę na Facebooka, nie jestem w stanie nadrobić zaległości. Tam się tyle dzieje w każdej minucie, że moja tablica rozciąga się jak rolka papieru toaletowego. Na Facebooku jest tam wszystko na maksa. Miłość i braterstwo na maksa, ale z drugiej strony krytyka jeszcze bardziej na maksa. Czy chcesz czy nie, dowiesz się, kto zachorował, kto zmarł, gdzie wyrzucili psa na drogę i jakiemu bezdomnemu ktoś podał kromkę chleba. Ludzie wysyłają w wiadomościach łańcuszki, a czasem sprytne wirusy. 
Kładę na jednej szali dobre wiadomości, a na drugiej złe. Waga niepokojąco skłania się ku tym złym. W tym tygodniu ktoś był na tyle bezczelny, by wyzwać chorą autorkę, z powodu jej niedyspozycji i odwołanego spotkania. Z kolei "wszechwiedząca" bloggerka napisała paskudną recenzję powieści mojej ulubionej pisarki. Nie byłoby nic w tym złego, gdyby to był wielki ekspert, językoznawca, krytyk literacki. Kto daje prawo dziewczynie, chowającej się w życiu za ekranem komputera, radzić pisarzowi, jakie powinien skończyć kursy i jakim językiem operować? Kim jest ta młoda kobieta, by wiedzieć, co jest wartością w literaturze? Rozumiem prawo do własnych przekonań i chęć wyrażenia niezadowolenia z przeczytanej (zapewne otrzymanej za darmo, bądź schomikowanej) książki. Nie rozumiem wylewania własnych frustracji w internecie i pisanie streszczeń książki, zamiast profesjonalnej opinii. Gdyby każdy pisarz kończył kurs kreatywnego pisania, to literatura byłaby płaska, a każda książka niemal identyczna. Co to za zarzut, że w powieści jest za dużo lukru, czy cukru? Po to są gatunki literackie, by każdy mógł bez obaw wybrać to co lubi. Jeśli sięgasz po książkę stworzoną w klimacie Bożonarodzeniowym, nie możesz spodziewać się w niej krwi, trupów i grozy. Będzie lukier, bajka, komercja i wszystko to, co kochamy w tych Świętach. Dla nielubiących słodkości są pikantne i gorzkie potrawy. 
Oczywiście jest wielu bloggerów książkowych, których szanuję i często kupuję książki podążając za ich rekomendacją. Są to profesjonaliści, którzy nawet krytykują z klasą. Niestety większości społeczeństwa tej klasy brakuje. A każdy dziś jest ekspertem: od literatury, mody i wychowywania dzieci. Nastoletni YouTuberzy wydają swoje autobiografie i poradniki zbijania hajsu w necie. Plizzz...
Dlatego uciekam ostatnio od internetu, tak jak uciekłam z metropolii. Wyciszam komórkę i wraz z moim pomocnikiem kotem Harrisem serwuję sobie lukrowany i przesłodzony, świąteczny nastrój, tworząc ozdoby do mojego klubu. I tego wam życzę. Spełniania własnych i cudzych marzeń, pisania odręcznych listów, zatrzymania się oraz wyciszenia, by móc usłyszeć własne myśli. Bo życie jest takie piękne!

niedziela, 13 listopada 2016

Po co to wszystko

Czasem żałuję, że nie zachowałam pisanych w dzieciństwie pamiętników. Gdyby ktoś je przeczytał, pomyślałby, że byłam bardzo nieszczęśliwym dzieckiem: raz ze złamanym sercem, to znowu nierozumianym przez rodziców i innych przedstawicieli starszyzny. Pewnie dlatego je spaliłam. Tak naprawdę miałam piękne dzieciństwo i byłam w przewadze szczęśliwa. Łamano mi serce, ale i ja je niejednokrotnie komuś złamałam. Kłóciłam się z dorosłymi, gdyż pyskata byłam i miałam problem z uznaniem hierarchii w stadzie i autorytetów. Mam nadzieję, że syn nie przeczyta tego posta :-)
Od kiedy nauczyłam się pisać, przelewałam na papier negatywne emocje. To pozwalało mi je nazwać, okiełznać, pokonać. Zamykałam zeszyt i tym samym wszelkie lęki. Gdy byłam szczęśliwa, nie miałam potrzeby pisania. Nie miałam czasu na pisanie, gdyż byłam zajęta pochłanianiem tego szczęścia. Cieszyłam się tym stanem i życiem. Jedynie listy pisałam pogodne. Wówczas jeszcze pisało się tradycyjne listy. Wysyłałam je do mojej kuzynki, mieszkającej w Gdańsku, którą nazywałam siostrą. Ona była dla mnie jak siostra. Pisałyśmy do siebie o najskrytszych marzeniach, sekretach, miłościach i wesołych przygodach. Podczas wspólnych wakacji wyciągałyśmy te wszystkie listy z katonów i czytałyśmy je na głos, co chwila płacząc ze śmiechu. Mama krzyczała ze swojej sypialni: "dziewczynki, już śpijcie!", a my wchodziłyśmy pod kołdrę, by nas nie słyszała i rechotałyśmy prawie do rana. Brakuje mi tego. Dorosłyśmy i ... już nie rozmawiamy w ten sposób, nie sikamy w majtki ze śmiechu. 
Nigdy nie zachowywałam się, nie żyłam tak, jak oczekiwałaby tego moja rodzina. Czasami wydaje mi się, że mnie znaleźli w kapuście. Nieustannie ich zadziwiam, jak nie przyprawiam o palpitacje. 
Najczęściej słyszę zewsząd pytanie: "PO CO CI TO?". Nie rozumieją dlaczego piszę o sobie i pokazuję to światu. Dlaczego przeżywam chorobę wręcz publicznie? Po jakie licho organizuję spotkania klubu literackiego? Dlaczego robię rzeczy, które nie przynoszą materialnych korzyści? Po co mi kolejne sesje zdjęciowe? Po co blog, jeśli na nim nie chcę zarabiać? Dlaczego ciągle coś robię dla innych? A kto zatroszczy się o mnie? Czy inni zrobiliby tyle dla mnie? Dlaczego rozdaję, a nie sprzedaję? W jakim celu kupuję kolejne stare meble? Po co mi trzydziesta sukienka i pięćdziesiąte kolczyki?  Do czego ten cały Facebook? Dlaczego kupiłam kota? Długo by wymieniać. 
Odpowiem krótko. Gdy to wszystko organizuję, to nie chodzę na randki, unikam tym samym kolejnej katastrofy :-)
Tak poważnie. Jeśli się zatrzymam, to zacznę płakać, a gdy zacznę płakać to nie skończę. Strach mnie zabije. Gdy zwolnię, to poczuję jak bardzo mnie boli i dowiem się ile rzeczy boli. Jeśli się nie zmęczę, nie zasnę bez środków farmakologicznych. Jeśli nie spróbuję, to będę żałowała, że świadomie zmarnowałam to, co mi los podarował. A podarował mi drugie życie. Może krótkie, za to takie, jak ja chcę. Gdy pomagam innym czuję się silniejsza. Gdy obdarowuję, czuję się obdarowana. Mogłabym być Świętym Mikołajem. Nawet powoli hoduję odpowiedni tłuszczyk. 
Pamiętam film o kobiecie, która usłyszała śmiertelną diagnozę i wszystkie życiowe oszczędności wydała na wymarzoną podróż. Czyli nie jest ze mną jeszcze tak źle. Hi hi jeszcze....


niedziela, 6 listopada 2016

Zgniły listopad

Otworzyłam okno Bombonierki i przestrzeń wypełnił zapach zgnilizny i kociego moczu. Po raz setny pomyślałam, że nienawidzę listopada. To nie jest jesień, wielbiona przez poetów za eksplozję kolorów. To przedzimie, okres wegetacji, czas oczekiwania na śnieg, który zakryje brudne ulice i błotniste osiedlowe skwery oraz na mróz przynoszący upragnione orzeźwienie. 
Wcale mnie nie irytuje napływ świątecznych ozdób w sklepach, tuż po 1 listopada. Między regałami bajkowych ozdób czuję się jak łasuch w fabryce czekolady. Zapominam o wszechobecnej zgniliźnie, deszczu i mgle. Oczy mi się błyszczą, a w głowie gra melodia "Jingle Bells". Moja koleżanka depresja czuwa i cierpliwie czeka na moment, gdy zgniły listopad mnie pokona. I wówczas przygotowania do zimowych imprez, kiermaszów i samych Świąt Bożego Narodzenia są moim wybawieniem. Puszczam sobie po cichu świąteczne piosenki, tak by sąsiedzi nie słyszeli, zapalam świeczki pachnące cynamonem i robię świąteczne dekoracje. 
Piszę też książkę obyczajową i w niej namalowałam piękną złotą jesień, a za chwilę będzie Boże Narodzenie. W mojej wyobraźni nie ma zgniłego listopada. To mój świat i moje warunki. 
Zepsuła mi się Pszczółka (Ford Fiesta dla niewtajemniczonych), jakieś świeczki się w niej przepaliły oraz przestał działać taki pierdolnik, co powietrze dozuje do silnika. Ha! Nie śmiej się, ja naprawdę nie muszę wiedzieć, jak ta Pszczółka działa. Grunt, by jechała, a nie straszyła mnie zębatym kółkiem z wykrzyknikami na panelu. Na czas remontu dostałam BMW. Ale nie tak od razu moi kochani. Po drodze po ten piękny samochód jechałam z jego właścicielem i moim nadwornym mechanikiem, siedzącym w Pszczółce po stronie pasażera. Podczas jazdy dowiedziałam się, że nie potrafię prowadzić samochodu, czyli raz za duże obroty silnika, a raz za małe, niepotrzebnie zatrzymałam się przed rondem, wcale nie znam zasad tam panujących, wszystkie rozumy pozjadałam i niedługo będę pouczała mojego mechanika, którą to śrubkę ma wykręcić. Oczywiście jadę za wolno i wszyscy mnie wyprzedają, a w zakręty wchodzę zbyt szybko i dziur nie omijam jak należy. O mały włos nie wysadziłabym mechanika na środku obwodnicy. Nie wiem jakim cudem dał mi to swoje BMW. Myślę, że nie spał w nocy i szykował Pszczółkę, bym mu jak najszybciej oddała jego cacuszko. 
A BMW prowadzi się obłędnie. Kocham automatyczną skrzynię biegów! Moja lewa stopa bardzo szybko przywykła do nic nie robienia. No cóż. Trzeba się pożegnać z BEEMKĄ. Pszczółka czeka.
Oby do zimy.











środa, 26 października 2016

Zatrzymać czas

Poznałam troje wspaniałych ludzi: Wiesława, Martę i Dariusza, którzy za sprawą Galerii Wizo-Art i przy współudziale właściciela Kawiarni Staropolskiej postanowili zatrzymać w Grudziądzu czas. 

Ja matka Polka samotna i goniąca każdy dzień, będąc pod wpływem tej uroczej grupy, odebrawszy dziecko z języka angielskiego, weszłam do Staropolskiej na kawę i przepadłam. Moje postanowienie o niejedzeniu kolacji również przepadło, a to z winy kucharza tam panującego. 

Myślę, że udało się organizatorom zatrzymać czas tego wieczoru. Podziwiałam prace Sławomira Bąka i nie wiedziałam, czy bardziej byłam pod urokiem pasteli, czy samego artysty. Szczególnie wzruszyły mnie portrety łabędzi. Sławomir powiedział, że symbolizują pragnienie oderwania się od szarej codzienności  poprzez sztukę  i stałość w uczuciach i przekonaniach. Pomyślałam, że ten podrywający się do lotu łabędź jest też symbolem mojego życia. Pisanie jest moim łabędziem i pozwala oderwać się od choroby. Nigdy bym nie przypuszczała, że patrząc na pastele uronię łzę. Otarłam ją ukradkiem, by nie wyjść na emocjonalnie niezrównoważoną. 


Wierzę również, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Miałam przyjść na ten wernisaż, poczuć wewnętrzny spokój i radość oraz wygrać swój własny obraz. Tak, moi drodzy. Odbyło się losowanie. Wypchnęłam synka, by pełnił honory, zamieszał i wylosował. Gdy zobaczyłam niedowierzanie malujące się na jego twarzy i te wielkie oczy, okrągłe jak w japońskich bajkach, czułam, że na wyciągniętym losie będzie moje nazwisko. Zabawnie wyszło, nagroda przypadła kobiecie, która odważyła się publicznie wyrazić zachwyt nad talentem plastyka, a jej syn namieszał. Stoi teraz nade mną i mówi: "mamo tylko napisz na blogu o mnie, że to ja przyniosłem ci szczęście".


Zapraszam wszystkich do Kawiarni Staropolskiej, by zobaczyć wiszące na ścianach prace Sławomira Bąka. Warto odwiedzić też stronę artysty na Facebooku https://www.facebook.com/SB.SoftArt/


Droga rodzino, już wiem co chcę dostać na Święta :-)

Wieczór nie byłby magiczny bez pięknej muzyki i pełnych poezji słów piosenek. Odbył się recital Karoliny Pawełczyk i Natalii Erdmańskiej przy akompaniamencie Zbigniewa Poliszczuka "Dwa żywioły". Te młode kobiety naprawdę reprezentowały dwa różne żywioły: aksamitny zmysłowy głos kontra moc i temperament. 



Dziękuję organizatorom za zaproszenie i wszystkim przybyłym za niezwykłą atmosferę. Polecam spotkania w Galerii Wizo-Art. Idę tam sama, lecz nie czuję się samotna. 
Życie jest piękne!

wtorek, 25 października 2016

Jak nabić sobie guza.

Zachorowałam na raka równo dwa lata temu. Znalazłam swój sposób na walkę z chorobą, na zapełnienie dnia obowiązkami po brzegi,  a głowy pozytywnymi myślami. To wielki sukces, bo jestem bardzo depresyjną jednostką. 

Jesień, szczególnie taka rozpłakana nie jest moim sprzymierzeńcem. Pisząc bloga, prowadząc strony na facebooku i chodząc na różne spotkania, poznałam ludzi, którzy zamknięci w czterech ścianach nie widzą sensu życia, są bardzo samotni. Spotkałam na swojej drodze znudzonych egzystencją sąsiadów, narzekających na brak jakiejkolwiek rozrywki. Pomimo choroby pomyślałam o sobie, że jestem szczęściarą, gdyż mam tyle do zrobienia, szczytów do zdobycia, że mogę jedynie utyskiwać na zbyt krótki dzień. Powiedziałam do mamy: "jaka ja jestem szczęśliwa, że mogę wypić kawę z ulubionym pisarzem". I nagle pomyślałam, że podzielę się tym szczęściem z innymi. Zaproszę ich też na kawę. Nie będą już samotni. Umożliwię im obcowanie z ludźmi, którzy dzięki odnalezionej lub odkurzonej pasji podążają za swoimi marzeniami i są szczęśliwi. Założyłam klub literacki i zaprosiłam na kawę zaprzyjaźnione pisarki. Okazało się, że łatwiej zorganizować na wsi pokaz wełnianych kołder niż wieczór literacki. Pomimo reklamy i wsparcia gminnych bibliotek, księdza oraz wójta, nikt z okolicznych mieszkańców nie przyszedł. Usłyszałam wiele powodów. Najczęściej była to nieśmiałość i strach przed przyjściem samemu. W ten sposób nigdy nie zmienicie kart swojej historii. Ja się przełamałam i idę już sama do kawiarni na kawę. Siadam przy ulubionym stoliku i czytam książkę, popijając dużą latte. Poszłam sama na wernisaż i wieczór literacki i poznałam tam sympatycznych ludzi. Już kolejnym razem nie będę w tym gronie samotna. 
Goście z Grudziądza dopisali, choć nie w takiej ilości, jak bym się tego spodziewała. Zapraszając przyjaciół nie czułam się jak ktoś, kto ma dla nich atrakcję, lecz jak natrętny akwizytor. Dziesięciu osobom, w sam dzień spotkania, przypomniało się o ważnych sprawach rodzinnych. Po tych wszystkich telefonach i wiadomościach zaczęłam płakać. Goście honorowi zaproszeni, napoje i słodkości kupione, a nie będzie żadnego słuchacza - panikowałam. I wówczas przypomniałam sobie słowa Ani Sakowicz: "Justynko, nie przejmuj się, najwyżej same wypijemy kawę". 

Wieczór się udał i za namową gości postanowiłam zrobić kolejne spotkanie 26 listopada z udziałem Magdaleny Witkiewicz. Udekorujemy salę świątecznym rękodziełem, będzie choinka. Do jedzenia muszą być pierniki, a do picia herbata z goździkami i cynamonem. Czas zrobić plakaty i wpisy na Facebooku. Usłyszałam od jednego pana, że przydałby się nagrody. Nagrodą jest poczęstunek i paczka endorfin, owinięta w świąteczny nastrój, która wystarczy do Bożego Narodzenia.  
Tym razem już nie będę płakała. Pierwsze koty za płoty lub jak kto woli pierwsze kołdry sprzedane. Dam radę!
Zabrałam się w końcu do pisania książki. Za radą mądrzejszych od siebie męczę się z planem szczegółowym. Chyba tego etapu nie lubię. Powieść już żyje w mojej głowie. Nie mogę się doczekać pierwszego akapitu. Pogoda wprost idealna do pisania. 
Na koniec się pochwalę. Odwiedziłam chyba wszystkie sklepy w Grudziądzu w poszukiwaniu płaszczyka. Jedyny, godny uwagi był w Monnari, lecz jego cena, pomimo iż obniżona, nie była kompatybilna z banknotami w moim portfelu. Przykro mi było. Nawet śnił mi się w nocy ten płaszczyk. Jednak przypomniałam sobie o wszystkich potrzebach syna, jego rosnących w zawrotnym tempie kończynach i doszłam do wniosku, że nie mogę sobie pozwolić na taki luksus. By poprawić zdeptany humor, weszłam do second handu. I wisiał tam...ON. Mój wymarzony płaszczyk, ładniejszy niż w Monnari, oryginalny, w stylu etno i w dodatku nowy z metką. Porwałam go z wieszaka i pobiegłam do przymierzalni. ON na mnie tu czekał, był idealny. Obawiałam się, że z powodu wagi będzie dużo kosztował. Jednak pani mnie pocieszyła, że jest promocja na kurtki i swetry. No to dołożyłam sobie wełnianą, granatową tunikę. Zapłaciłam całe 30 zł. Jest moc!