rakowi środkowy paluch

rakowi środkowy paluch

niedziela, 25 września 2016

Klub literacki Literatura od kuchni

Jakież to nieprofesjonalne robić dwa wpisy jednego dnia. Tyle się jednak wydarzyło, że nie mogłam wrzucić wszystkich emocji do jednego worka. Jak powiedziała do mnie pisarka Liliana Fabisińska mam płodozmian. Raz jestem w SPA, by z niego pojechać na oddział chemioterapii po zastrzyk, a w drodze powrotnej otworzyć klub literacki. 
Nadążacie?
W Klęczkowie, niedaleko Grudziądza, przy samej drodze krajowej 55 otworzyłam nieformalny klub literacki pod nazwą Literatura od kuchni. Spotykać się tu będą ludzie, którzy kochają literaturę, sztukę, bądź po prostu potrzebują chwili refleksji i mnóstwa pozytywnej energii. Postaram się organizować spotkania autorskie z pisarzami, pokazy prac różnych artystów, kiermasze rękodzieła, a nawet warsztaty. 
Oficjalne otwarcie było wczoraj. Gościem honorowym była pisarka Marta Lewandowska, która oczarowała wszystkich piękną grą słów. Można było kupić tomik opowiadań "Szuka kochania siebie ... w 15 aktach". Wśród gości byli moi przyjaciele, rodzina, grudziądzcy poeci i artyści. Przy kawie i pysznych ciastach, za które bardzo dziękuję, rozmawialiśmy o tym, jak trudno pokochać siebie. Dekoracje i mini wystawę rękodzieła zapewniła moja mama. 
Kolejne spotkanie za miesiąc 22 października. Tym razem uświetnią je: pisarka Anna Sakowicz oraz malująca ikony Jolanta Kleinschmidt. 
Wstęp jest dla każdego, niezależnie czy mieszka w gminie Grudziądz, czy Stolno i nic nie kosztuje. Umawiamy się, kto zadba o napoje, a kto o ciacha. Moim zadaniem jest wykonanie prezentu dla zaproszonych artystów. 



Na koniec zapraszam na bloga Magdaleny Kordel, gdzie można przeczytać moje opowiadanie. To jest zarazem zapowiedź powieści, nad którą pracuję.
http://magdalenakordel.blogspot.com/

Wszystko przez geny

Rozpoczynanie wpisu od tłumaczenia mojej dłuższej nieobecności staje się regułą. To za sprawą życia, które mnie porwało swoim wartkim nurtem i pasji, którymi kipi moja dusza. Gdyby co jakiś czas nie zapytałby mnie ktoś o samopoczucie, zapomniałabym o chorobie. Moja intuicja podpowiada mi, że choroby już nie ma. Czuję, że jestem zdrowa. Jest tu i teraz i jest moc. 
W listopadowym numerze miesięcznika Dobre Rady ukaże się krótki artykuł na mój temat. Tematem jest wpływ rękodzieła na samopoczucie :-)
Rękodzieło jest sprawcą bałaganu panującego w mojej Bombonierce. Robiłam opaski do włosów, wianki i  świeczniki. 
















Dostaję tyle pięknych listów, w których pytacie skąd biorę tą energię i za sprawą jakich czarów widzę radość w każdym dniu. Mama powiedziała mi, że mam to w genach. Mój tata Wojciech Simionkowski był otwartym i pozytywnym człowiekiem. Niektórzy z was pamiętają Wojtka. Jak organizował sylwestrową domówkę, był skłonny zaprosić pół Grudziądza. Kochał życie, uwielbiał ludzi i oddałby im wszystko, co posiada. Nigdy nie odmówił pomocy. Kobiety pięknie komplementował i całował po raczkach. Wiecznie uśmiechnięty, operował dość ciętym dowcipem. Był niezwykle wrażliwym mężczyzną i uważam, że tą jego wrażliwością karmił się rak. Nie dane mu było żyć dłużej niż 40 lat.  Zawsze więcej o nim myślę we wrześniu, gdyż w tym miesiącu odszedł do lepszego świata. Miałam wówczas 16 lat. Pamiętam tatę doskonale. W końcu byłam jego księżniczką, jego Aniołkiem, jego oczkiem w głowie, radością i czasem smutkiem, gdyż pyskata ze mnie była istota. 



Moja mama Jadwiga Szydlik czegokolwiek dotknie zamienia się w małe dzieło sztuki. Jej ogród jest magiczny, w domu można by robić zdjęcia do wnętrzarskiego pisma, a uszyte przytulanki cieszą już nie jedno dziecko. 


Sami widzicie, że geny są winne mojemu ADHD :-)
Życie nie stanie się jednak piękniejsze, gdy zamkniecie się w domu. Należy wyjść do ludzi, by poczuć ich energię i korzystać z tego ciepła, które w sobie noszą. 
Chcieć to móc. Życie jest piękne!


wtorek, 13 września 2016

Z piegowatym nosem w chmurach

Mówicie,  że rak mnie zmienił i dostrzegam teraz piękno codzienności. Nieprawda. Jako mała dziewczynka o kasztanowych włosach i piegowatym nosie chodziłam z głową w chmurach. Dotykałam każdego kwiatka, nie mówiąc już o tym że rozmawiałam z roślinami, owadami i stworzonymi w mojej wyobraźni towarzyszami. Pamiętacie Anię z Zielonego Wzgórza? Nazwałabym ją pokrewną duszą. Gadulstwo, stosowanie górnolotnych sformułowań i popadanie w przesadę za sprawą emocji cechowały moje dzieciństwo. Byłam też najlepszą rodzinną opiekunką do dzieci, gdyż nikt nie potrafił tak jak ja uruchomić szare komórki i stworzyć pasjonującą zabawę z patyków, klamerek, babcinych szuflad i dziadkowych dachówek.  

W notesiku zapisywałam:
porwała mnie wiosna
wplotła kwiaty we włosy
otuliła słońcem
i posadziła wśród traw
bym słuchała melodii miłosnych
świerszczy i ptaków
bo to już czas

Wzdychałam i powtarzałam, że życie jest zbyt krótkie, by zrealizować choć połowę swoich marzeń
Opowiedziałam kuzynce Oli, że jak siądzie na sedesie, to wielka, włochata łapa złapie ją za tyłek i wciągnie do środka. Miałam wyobraźnię. Kuzynka długo chodziła za potrzebą w krzaczki. 
Namówiłam ją na biznes i wyrwałyśmy babci wszystkie marchewki z ogrodu i próbowałyśmy je sprzedawać za płotem. Nikt nie przyszedł, choć krzyczałyśmy ile mocy w gardłach "Marchewki! Marchewki! Świeżo zerwane!". Następnie zjadłyśmy cały towar handlowy, żeby babcia się nie dowiedziała o naszym występku i ... miałyśmy biegunkę. 
Ania mawiała:
"Och, lubię, gdy rzeczy mają własne imiona, nawet jeśli to są tylko zwykłe pelargonie. Nabierają wtedy cech ludzkich. Skąd wiadomo, że pelargonia nie cierpi, gdy mówimy do niej po prostu "pelargonia" i nic więcej? (...) Dziś rano nazwałam tę wielką czereśnie Królową Śniegu, bo jest całkiem biała. Oczywiście, nie będzie taka zawsze, ale możemy to sobie wyobrazić, prawda?"
Ja też sobie wyobrażałam moje idealne życie i jednocześnie nie wierzyłam, że takie będę miała. Przyszedł skomplikowany okres dojrzewania i miałam wrażenie, że jestem sama na świecie. 
Na wilgotnej trawie
siedzi człowiek bez twarzy
cień ludzkości bez honoru
niezdecydowany dzieciak bez ambicji i celu
nasiąknięty jest łzami
które go kompromitują
zamiast serca bije mu woreczek gorczycy
włosy tworzą woalkę
kryjącą go przed światem
nogą wystukuje rytm
nienawiści
nieufności
zrezygnowania
drzewa otaczają go melodią samotności
zamykając go w nowym świecie
niedostępnym już dla nikogo
Wow burza hormonów prawie jak podczas menopauzy. Czyli teraz wracam chwilami do tego okresu. 
Będąc nastolatką uważałam, że jestem bardzo brzydka, mój kolor włosów jest nijaki, a piegi koszmarne. Do tego czerwieniłam się zbyt często, wzbudzając zainteresowanie, którego wówczas nie chciałam. I tak mi zostało na długo. Nie miałam większych wymagań co do mojego wybranka, bo cieszyłam się, że jakikolwiek kandydat jest. Babcia mawiała, że mężczyzna musi być nieco ładniejszy od diabła. Ten był przystojny i nie chciałam słuchać mamy, że powinien choć trochę pasować do mnie zainteresowaniami lub jak mawia Natasza Socha być zadbanym intelektualnie mężczyzną. I chyba w małżeństwie przestałam zachwycać się otaczającą mnie przyrodą, pięknymi ludźmi, dźwiękami i zapachami. 
Choroba pomogła mi zrzucić nałożoną wiele lat temu maskę, obudzić Anię, jaka we mnie drzemała. 
Dziś spaceruję pachnącą aleją lipową. Drzewa trzymające się za ręce są moją własnością, rosnące przy drodze słoneczniki kłaniają mi się z godnością, a stara wierzba straszy czeluścią zbłąkanych dusz. Płynąca wartko struga szepcze zaklęcia, a wodospad odpowiada jej gniewnie. Kukurydza stoi na straży gospodarstwa, jak wojsko w równym szyku. 
Jestem szczęśliwa. 




środa, 7 września 2016

Na krawędzi

Szczerze przepraszam za moją długą nieobecność. Skończyły się wakacje i musiałam poukładać to moje jesienno- zimowe życie od nowa. Pracowałam jak mróweczka, zapewniłam synowi zajęcia pozaszkolne, złapałam też po drodze kilka dołków, lecz byłam zbyt zajęta, by się nad nimi rozczulać. 
Już zawsze będę żyła na krawędzi. Mając na nosie różowe okulary nie zapomniałam, by zapewnić synowi lepszą przyszłość i uregulować pewne sprawy formalne. Nie mogę zapominać, że jutra może już nie być. 
Życie na krawędzi przypomina utratę jednego zmysłu. Wówczas wyczulają się pozostałe. Odnoszę wrażenie, że dużo intensywniej odbieram wszystkie bodźce z otoczenia. Idąc na spacer czuję zapach pierwszych opadłych liści i dojrzałych mirabelek. Dostrzegam pięknego staruszka wracającego z kościoła niespiesznym krokiem i odzianego w elegancki beżowy garnitur. Czy taka elegancja i szyk są już na wymarciu? Zachwyca mnie niezwykle intensywny teatr barw na niebie. Zauważam, że krowa sąsiada ma długie rzęsy, a cisza w mojej samotni wcale nie jest cicha. Podróżuję środkami komunikacji miejskiej, by obserwować ludzi. Zapomniałam, jak wygląda prawdziwe oblicze mojego miasta. Jak nigdy dotąd czuję muzykę i daję się prowadzić w tańcu. 
Nie każdy rozumie moją dbałość o wygląd, kolorowe ubrania i kolczyki. Wielu dziwi taki publiczny ekshibicjonizm. Początkowo choroba obdziera człowieka z godności. Trzeba zapomnieć o wstydzie. Z dnia na dzień dziesiątki obcych ci ludzi: lekarzy, asystentów, studentów, pielęgniarek, radiologów i techników ogląda twoją nagość. Brakuje w tej grupie już tylko woźnego. Uczysz się z uśmiechem na ustach pokazywać swoje kalectwo i nawet, po czasie, żartujesz sobie z lekarzem w trakcie badania. Leżysz na kozetce pozbawiona części ciała, łysa, z opuchniętą twarzą pozbawioną brwi i rzęs. W takiej chwili potrzebujesz magicznych rekwizytów, które przypomną ci o twojej kobiecości. Kolorowe ubrania i kolczyki mają moc. Odpowiedni makijaż potrafi wydobyć z kobiety, co najpiękniejsze.  Istnieje wiele sposobów na odnalezienie normalności w tej nienormalnej sytuacji: indyjskie chusty, finezyjne czapeczki, fajna peruka, odważnie pokazana łysa głowa, wysokie, czerwone szpilki, czy tatuaż i glany na nogach. 
Pamiętam moją pierwszą wizytę w sklepie medycznym. Chciałam sobie kupić specjalistyczny stanik, z kieszonką na protezę. Uprzejma pani pokazywała mi co raz to ohydniejsze modele, zabudowane pod samą szyję, z grubymi, napompowanymi ramiączkami. Już ładniejsze staniki nosiła moja babcia. W końcu nie wytrzymałam i krzyknęłam: 
- Czy ja wyglądam na kogoś, kto założy coś takiego? Co to za gaciowe kolory? Jak założyć sukienkę na cienkich ramiączkach? Co z dekoltem "w serek"?- aż się zapowietrzyłam. 
Już mniej uprzejma pani próbowała mi wytłumaczyć, że z medycznego punktu widzenia, takie paskudztwa muszę nosić już do końca życia. 
- A co z randką?- nie dawałam za wygraną- Mam iść na randkę w tym bezkształtnym i beżowym czymś?
Odniosłam wrażenie, że pani zaraz popuka się w czoło. Jednak westchnęła, powiedziała coś o własnej odpowiedzialności, obrzękach i takich tam strasznych konsekwencjach oraz podała mi katalog bielizny niemieckiej firmy. Zamówiłam w ciemno piękne staniki na cienkich ramiączkach w kobiecych kolorach i zamawiam takie do dziś. Straszne, że za tą odrobinę kobiecości trzeba płacić ponad 200 zł. Nieważne, czy pójdę na randkę czy też nie. Najważniejsze to móc odważnie wyprostować plecy i żyć pełną piersią, ze świadomością, że gdy zdejmiesz bluzkę nie spuścisz oczu z zakłopotania. Taka świadomość prostuje plecy. 
Na mojej krawędzi większa jest świadomość życia. A życie jest piękne!


piątek, 26 sierpnia 2016

Pełną piersią

To, że ja żyję pełną piersią, choć wirtualną, to wy moi drodzy wiecie. Miałam okazję poznać grupę wspaniałych kobiet pragnących też doświadczać piękna tego świata i cieszyć się życiem po wsze czasy.  Aviva wraz z Fundacją CZAS NA ZMIANĘ zorganizowały pierwsze w Grudziądzu spotkanie z cyklu Kobiety Kobietom zatytułowane Pełną Piersią.
Celem spotkania było przede wszystkim propagowanie profilaktyki antynowotworowej. Co roku na raka piersi zapada ponad 10 tys. kobiet. Połowa z nich umiera. Statystyki są zatrważające i mają tendencję rosnącą. Dzięki takim rozmowom, bez tabu, możemy mieć wpływ na poprawę statystyk, na lepsze rokowania i optymistyczne podejście do samej walki z rakiem.
Specjalistka profilaktyki chorób piersi z grudziądzkiego szpitala uświadomiła nas, jak rozpoznać niepokojące zmiany. Na specjalnych fantomach piersi uczyła kobiety szukania guzków. Zgodnie stwierdziłyśmy, że nie jest to wcale takie łatwe.
Nie tylko o chorobach rozmawiałyśmy. Odbył się wykład i indywidualne konsultacje na temat prawidłowego doboru bielizny. Stylistka opowiedziała o wpływie stroju na nasze samopoczucie, a chętne panie mogły skorzystać z usług personelu MADAME Wellness & Spa. Grudziądzkie firmy licznie wsparły to wydarzenie i dzięki nim oprawa spotkania była wyjątkowa, a dla każdej uczestniczki wylosowano upominek. Ja otrzymałam bon na 100 zł do MADAME. Chyba skuszę się na ładne rzęsy.



Jednym z punktów programu była szczera rozmowa o życiu z udziałem trzech Amazonek. Miałam to szczęście być jedną z nich. Opowiedziałyśmy o naszych zmaganiach z chorobą i nadziejach na piękne zakończenie tej walki. Odpowiedziałyśmy na bardzo trudne pytania. Przyznam, że trzymałam się dzielnie do momentu, gdy wszystkie kobiety na sali wstały klaszcząc. Bardzo się wówczas wzruszyłam.


Pisanie o uczuciach jest prostsze, gdyż chowamy się za monitorem komputera. Po raz pierwszy wypowiedziałam głośno moje myśli, tęsknoty i obawy. Początkowo byłam przerażona. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na salę i trema się ulotniła. Spotkałam oczy pełne sympatii, dobra i zrozumienia. Dla takich chwil warto żyć i  takie spotkania trzeba organizować: 
* by mniej osób chorowało;
*by nikt w chorobie nie był sam;
*by każdy zrozumiał, że rak nie musi być wyrokiem i końcem świata.
Dla kobiety nie ma tematów tabu. Rozmowa czasem ratuje życie. Pamiętajcie i badajcie się.

środa, 17 sierpnia 2016

Maraton Gilmore Girls

Jesień podstępnie wślizgnęła się w sierpniową kartę kalendarza. Rano jest zaledwie 10 stopni. Zamieniłam filiżankę na bardzo duży kubek do kawy. Gdy brakuje słońca, można mi podawać kofeinę dożylnie. Podczas zimnych dni wzmaga się moja ochota na słodycze, co w konsekwencji idzie mi w boczki. Jestem bardziej refleksyjna, zmienna i depresyjna. Jak prawdziwa kobieta z menopauzą. Taka sinusoida nastrojów z rzadkimi górkami. Obsesyjnie sprzątam w szafach i wyrzucam wszystko, co w tej chwili wydaje się zbędne. Brakuje mi miejsca w garderobie i sprzątając przyrzekam nie wejść już nigdy do second handu, nie odwiedzać pchlich targów i krzyżuję palce przezornie. Jest jesień, bo po raz pierwszy ubrałam rajstopy i półbuty, w dodatku czarne. Brrr, jak nie ja. Może, gdy włożę jutro na siebie coś kolorowego ubłagam słońce, by wróciło. Postanowione.

Od kilku dni oglądam pierwszy sezon serialu Gilmore Girls. Był emitowany w Polsce pod tytułem Kochane kłopoty. To opowieść o kobiecie, która zaszłą w ciążę mając 16 lat i obecnie, w małym, uroczym miasteczku, samotnie wychowuje swoją nastoletnią córkę . Cenię ten serial za niesamowite dialogi oraz dobry humor przeplatany wzruszającymi scenami. Jest mi bliski, bo od lat sama wychowuję syna i staram się robić to najlepiej, jak potrafię. Oczywiście popełniam czasem błędy i wyciągam z nich wnioski. Mam nadzieję, że syn znajdzie we mnie również przyjaciela. Zdaję sobie sprawę, że poświęciłam mu wiele. Poświęciłam swoje życie...
Kiedy mały chłopiec płacze co noc i prosi byśmy wrócili do domu, a po powrocie całuje podłogę jak papież, wiesz że postępujesz słusznie. Przecież moje szczęście to syn. Taką decyzję podjęłam i  nie żałuję. Dopóki on nie będzie gotowy na jakiekolwiek zmiany i nie będzie się chciał wyprowadzić z naszego miejsca na ziemi, nigdzie już nie wyjedziemy.  Pozwoliłam, by ktoś nas skrzywdził. Myślę, że upłynie wiele sezonów Gilmore Girls zanim komuś zaufamy. Jeśli jest na tym świecie taki kamikadze, to potrzebuje ogromnych zasobów cierpliwości. 


Moja wrażliwa osobowość karmi się takimi doświadczeniami. To nic, że są bolesne. Dobrze było przekonać się, co znaczy kochać aż do bólu. Cudownie było unosić się ze szczęścia ponad ziemią, doświadczać łaskotania motylich skrzydeł, zachwycać się ważką na kwiecie bazylii, czerwienić się jak nastolatka i pleść głupoty na pierwszej randce. Wspaniale wdrapać się na ciepłe plecy, co rano poczuć buziaka na policzku i upajać się dźwiękiem aksamitnego głosu. 
Nie pisałabym wierszy, opowiadań i książek gdybym nie zaznała przez chwilę magii prawdziwej miłości. Mój bagaż doświadczeń czyni mnie wiarygodną i pozwala realizować pasje. Kocham swoje życie. 
Jesień ma też zalety. Na przykład nie myślę o raku, tylko o moim pierwszym pocałunku. Pamiętacie swój?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Powrót do bombonierki

Pomyśleć, że dopiero co cieszyłam się z wyprowadzki na wieś... Tacham ciężkie siatki, pudła, walizki i stary sekretarzyk na drugie piętro, by do wiosny podziwiać z kuchennego okna akrobacje osobników nurkujących w śmietnikach, słuchać głuchego sąsiada rzępolącego na skrzypcach oraz spowiadać się osiedlowemu Radiu Wolna Europa z każdego mojego kroku. 
Dobrze, że mieszkanko, ochrzczone przez tatę bombonierką, jest takie przytulne. Rekompensuje mi to brak możliwości wychodzenia każdego ranka do magicznego ogrodu w samej tylko piżamie i z kubkiem kawy w ręku. Od dziś nie wyjdę z domu bez makijażu. 
Znając mnie, pokój będący sypialnią, salonem, garderobą, jadalnią i gabinetem stanie się również pracownią. Na dywanie będą się goniły kolorowe nitki, na stołach oprócz gałęzi będzie można znaleźć szyszki, kwiaty i serwetki. W łazience potkniesz się o pędzel, a w kuchni na stole obok garnków będą stały kolorowe farby. Gdy zacznę pisać, wokół sekretarzyka zaroi się od książek, notatek, wycinków z gazet i kolorowych karteczek. I przyjdzie czas, gdy nikt nie pozna bombonierki. 
W zimowe wieczory będę marzyła o nadejściu wiosny i powrocie na wieś. Żałuję, że nie mogę mieć wszystkiego. 
Gdybym mogła przenieść bombonierkę na wieś...

Pewien mężczyzna powiedział mi kiedyś, że wszystko jest możliwe. Wystarczy lekko zmodyfikować powyższe zdanie na:
Jak przeniosę bombonierkę na wieś to... 
i uwierzyć. 
Uwierzyć, że będę zdrowa i jakimś cudem pobuduję swój własny mały domek na wsi. I będą mi cykać świerszcze oraz kumkać żaby, a sąsiad wiercący milion dziur w ścianie stanie się mglistym wspomnieniem.

To do dzieła! Życie jest piękne!