rakowi środkowy paluch

rakowi środkowy paluch

piątek, 26 sierpnia 2016

Pełną piersią

To, że ja żyję pełną piersią, choć wirtualną, to wy moi drodzy wiecie. Miałam okazję poznać grupę wspaniałych kobiet pragnących też doświadczać piękna tego świata i cieszyć się życiem po wsze czasy.  Aviva wraz z Fundacją CZAS NA ZMIANĘ zorganizowały pierwsze w Grudziądzu spotkanie z cyklu Kobiety Kobietom zatytułowane Pełną Piersią.
Celem spotkania było przede wszystkim propagowanie profilaktyki antynowotworowej. Co roku na raka piersi zapada ponad 10 tys. kobiet. Połowa z nich umiera. Statystyki są zatrważające i mają tendencję rosnącą. Dzięki takim rozmowom, bez tabu, możemy mieć wpływ na poprawę statystyk, na lepsze rokowania i optymistyczne podejście do samej walki z rakiem.
Specjalistka profilaktyki chorób piersi z grudziądzkiego szpitala uświadomiła nas, jak rozpoznać niepokojące zmiany. Na specjalnych fantomach piersi uczyła kobiety szukania guzków. Zgodnie stwierdziłyśmy, że nie jest to wcale takie łatwe.
Nie tylko o chorobach rozmawiałyśmy. Odbył się wykład i indywidualne konsultacje na temat prawidłowego doboru bielizny. Stylistka opowiedziała o wpływie stroju na nasze samopoczucie, a chętne panie mogły skorzystać z usług personelu MADAME Wellness & Spa. Grudziądzkie firmy licznie wsparły to wydarzenie i dzięki nim oprawa spotkania była wyjątkowa, a dla każdej uczestniczki wylosowano upominek. Ja otrzymałam bon na 100 zł do MADAME. Chyba skuszę się na ładne rzęsy.



Jednym z punktów programu była szczera rozmowa o życiu z udziałem trzech Amazonek. Miałam to szczęście być jedną z nich. Opowiedziałyśmy o naszych zmaganiach z chorobą i nadziejach na piękne zakończenie tej walki. Odpowiedziałyśmy na bardzo trudne pytania. Przyznam, że trzymałam się dzielnie do momentu, gdy wszystkie kobiety na sali wstały klaszcząc. Bardzo się wówczas wzruszyłam.


Pisanie o uczuciach jest prostsze, gdyż chowamy się za monitorem komputera. Po raz pierwszy wypowiedziałam głośno moje myśli, tęsknoty i obawy. Początkowo byłam przerażona. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na salę i trema się ulotniła. Spotkałam oczy pełne sympatii, dobra i zrozumienia. Dla takich chwil warto żyć i  takie spotkania trzeba organizować: 
* by mniej osób chorowało;
*by nikt w chorobie nie był sam;
*by każdy zrozumiał, że rak nie musi być wyrokiem i końcem świata.
Dla kobiety nie ma tematów tabu. Rozmowa czasem ratuje życie. Pamiętajcie i badajcie się.

środa, 17 sierpnia 2016

Maraton Gilmore Girls

Jesień podstępnie wślizgnęła się w sierpniową kartę kalendarza. Rano jest zaledwie 10 stopni. Zamieniłam filiżankę na bardzo duży kubek do kawy. Gdy brakuje słońca, można mi podawać kofeinę dożylnie. Podczas zimnych dni wzmaga się moja ochota na słodycze, co w konsekwencji idzie mi w boczki. Jestem bardziej refleksyjna, zmienna i depresyjna. Jak prawdziwa kobieta z menopauzą. Taka sinusoida nastrojów z rzadkimi górkami. Obsesyjnie sprzątam w szafach i wyrzucam wszystko, co w tej chwili wydaje się zbędne. Brakuje mi miejsca w garderobie i sprzątając przyrzekam nie wejść już nigdy do second handu, nie odwiedzać pchlich targów i krzyżuję palce przezornie. Jest jesień, bo po raz pierwszy ubrałam rajstopy i półbuty, w dodatku czarne. Brrr, jak nie ja. Może, gdy włożę jutro na siebie coś kolorowego ubłagam słońce, by wróciło. Postanowione.

Od kilku dni oglądam pierwszy sezon serialu Gilmore Girls. Był emitowany w Polsce pod tytułem Kochane kłopoty. To opowieść o kobiecie, która zaszłą w ciążę mając 16 lat i obecnie, w małym, uroczym miasteczku, samotnie wychowuje swoją nastoletnią córkę . Cenię ten serial za niesamowite dialogi oraz dobry humor przeplatany wzruszającymi scenami. Jest mi bliski, bo od lat sama wychowuję syna i staram się robić to najlepiej, jak potrafię. Oczywiście popełniam czasem błędy i wyciągam z nich wnioski. Mam nadzieję, że syn znajdzie we mnie również przyjaciela. Zdaję sobie sprawę, że poświęciłam mu wiele. Poświęciłam swoje życie...
Kiedy mały chłopiec płacze co noc i prosi byśmy wrócili do domu, a po powrocie całuje podłogę jak papież, wiesz że postępujesz słusznie. Przecież moje szczęście to syn. Taką decyzję podjęłam i  nie żałuję. Dopóki on nie będzie gotowy na jakiekolwiek zmiany i nie będzie się chciał wyprowadzić z naszego miejsca na ziemi, nigdzie już nie wyjedziemy.  Pozwoliłam, by ktoś nas skrzywdził. Myślę, że upłynie wiele sezonów Gilmore Girls zanim komuś zaufamy. Jeśli jest na tym świecie taki kamikadze, to potrzebuje ogromnych zasobów cierpliwości. 


Moja wrażliwa osobowość karmi się takimi doświadczeniami. To nic, że są bolesne. Dobrze było przekonać się, co znaczy kochać aż do bólu. Cudownie było unosić się ze szczęścia ponad ziemią, doświadczać łaskotania motylich skrzydeł, zachwycać się ważką na kwiecie bazylii, czerwienić się jak nastolatka i pleść głupoty na pierwszej randce. Wspaniale wdrapać się na ciepłe plecy, co rano poczuć buziaka na policzku i upajać się dźwiękiem aksamitnego głosu. 
Nie pisałabym wierszy, opowiadań i książek gdybym nie zaznała przez chwilę magii prawdziwej miłości. Mój bagaż doświadczeń czyni mnie wiarygodną i pozwala realizować pasje. Kocham swoje życie. 
Jesień ma też zalety. Na przykład nie myślę o raku, tylko o moim pierwszym pocałunku. Pamiętacie swój?

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Powrót do bombonierki

Pomyśleć, że dopiero co cieszyłam się z wyprowadzki na wieś... Tacham ciężkie siatki, pudła, walizki i stary sekretarzyk na drugie piętro, by do wiosny podziwiać z kuchennego okna akrobacje osobników nurkujących w śmietnikach, słuchać głuchego sąsiada rzępolącego na skrzypcach oraz spowiadać się osiedlowemu Radiu Wolna Europa z każdego mojego kroku. 
Dobrze, że mieszkanko, ochrzczone przez tatę bombonierką, jest takie przytulne. Rekompensuje mi to brak możliwości wychodzenia każdego ranka do magicznego ogrodu w samej tylko piżamie i z kubkiem kawy w ręku. Od dziś nie wyjdę z domu bez makijażu. 
Znając mnie, pokój będący sypialnią, salonem, garderobą, jadalnią i gabinetem stanie się również pracownią. Na dywanie będą się goniły kolorowe nitki, na stołach oprócz gałęzi będzie można znaleźć szyszki, kwiaty i serwetki. W łazience potkniesz się o pędzel, a w kuchni na stole obok garnków będą stały kolorowe farby. Gdy zacznę pisać, wokół sekretarzyka zaroi się od książek, notatek, wycinków z gazet i kolorowych karteczek. I przyjdzie czas, gdy nikt nie pozna bombonierki. 
W zimowe wieczory będę marzyła o nadejściu wiosny i powrocie na wieś. Żałuję, że nie mogę mieć wszystkiego. 
Gdybym mogła przenieść bombonierkę na wieś...

Pewien mężczyzna powiedział mi kiedyś, że wszystko jest możliwe. Wystarczy lekko zmodyfikować powyższe zdanie na:
Jak przeniosę bombonierkę na wieś to... 
i uwierzyć. 
Uwierzyć, że będę zdrowa i jakimś cudem pobuduję swój własny mały domek na wsi. I będą mi cykać świerszcze oraz kumkać żaby, a sąsiad wiercący milion dziur w ścianie stanie się mglistym wspomnieniem.

To do dzieła! Życie jest piękne!

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Co z oczu to z serca

O kłopotach pomyślę jutro. Nie mam zamiaru mojej niepewnej przyszłości długo rozkładać na czynniki pierwsze , bo jest ona mniej pewna niż prognozowana pogoda. 
Było mi przykro, gdy lekarz odradził mi zrobienie zabiegu rekonstrukcji piersi z powodu zbyt dużego ryzyka wznowy lub przerzutów. Poradził "jak córce" poczekać minimum dwa lata, bo statystyki są okrutne i kobiety z tak zaawansowanym rakiem jak ja w ciągu dwóch lat muszą od nowa walczyć z chorobą. Musiałam wypłakać tę informację, wykrzyczeń mój żal i dojść do wniosku, że nie będę wierzyła lekarzowi, który własnej córce powiedziałby, że nie wygra z chorobą.  Może chowam głowę w piasek, ale ja nie chcę znać prawdy i statystyk. Chcę wierzyć, że po tylu trudach wygrałam z tym draństwem. Pragnę też cieszyć się w pełni życiem, pójść po prostu na randkę ze swoim Rhettem Butlerem i nie myśleć o tym, czy proteza wystaje mi ze stanika.  No cóż, nigdy nie byłam zbyt pokorna i zbyt cierpliwa. W końcu Scarlett, to ja. 
Na smutki zawsze pomaga mi kupno sukienki. Jeszcze bardziej cieszy, gdy jest to okazja za 9 zł. Takim oto szczęśliwym trafem jestem posiadaczką szmizjerki. Uwielbiam ten fason, gdyż każda kobieta wygląda w nim zgrabnie. Nazwa sukni pochodzi od francuskiego chemise. Źródła różnie podają jej prekursora. Czytałam, że to Ives Saint Laurent pierwszy zaprojektował sukienkę krojem przypominającą męską koszulę i wynalazł modny do dziś styl safari. Spotkałam się również z opinią, że szmizjerki zawdzięczamy Coco Chanel. Ktoś inny po raz pierwszy zauważył szmizjerkę  w kolekcji Cristobala Balenciagi. W mojej szafie, obok kilkudziesięciu sukienek, wiszą trzy szmizjerki: czekoladowa, lniana i szara. Marzy mi się czerwona.
Wracam teraz do pisania opowiadania. Za bardzo się rozpędziłam i wychodzi za długie. Muszę rozpisać wszystko od nowa. To super przygoda, świetna terapia i satysfakcja, że mój bohater jest bardziej pokręcony ode mnie.
Dziękuję za wszystkie dowody sympatii jakich ostatnio doświadczyłam. Jak tu nie mieć siły skoro tyle pozytywnej energii jest wokół. Mam wspaniałych znajomych i najlepsze przyjaciółki pod słońcem. Jestem szczęściarą. 

piątek, 22 lipca 2016

Fajna stylówka

Idąc z osiedlowej biblioteki do domu mijałam roześmianą i nieco głośną młodzież. Chłopcy siedzieli na ławce, prężyli swoje nieowłosione jeszcze klaty i starali się ze wszelkich sił i zasobów ubogiej wyobraźni zaimponować dwóm identycznie ubranym dziewczynom.
Nagle jedna z dziewczyn wskazała  ruchem głowy moją skromną osobę i powiedziała:
- Fajna stylówa.

W języku potocznym stylówa to stylizacja, zestawienie elementów ubioru, fryzury, makijażu itp. Zapytałam wujka Google, by mieć pewność, że mnie nikt nie obraża. 
Towarzystwo zlustrowało mnie dokładnie, a chłopcy obrzucili niedojrzałymi śliwkami. Niezawodny Google nie potrafi zinterpretować takiej reakcji. Tu potrzebny znawca ludzkiego umysłu. Co ja mówię, młodzieżowego. Wybaczcie kochani, ale mam wrażenie, że to nie to samo. Dobrze, że owoce były niedojrzałe. Dupa boli, ale plamy na ubiorze nie będzie. 
Klnąc pod nosem i pocierając obolałe ciało usłyszałam głos małego chłopca: 
- Mamo, a ona idzie do kościoła- wskazał na mnie paluszkiem.
- Dlaczego tak sądzisz?- zapytała mama.
- Bo przecież wygląda jak Anioł- odpowiedział poważnie.
Uszczypnęłam się dla pewności, czy aby nie opuściłam tego świata. Wiecie, z moim ADHD i głową w chmurach całkiem możliwym jest scenariusz, że nie zauważę zbliżającego się końca ziemskiej wędrówki. 
Ile osób, tyle interpretacji tego samego obiektu. Podobnie jest ze słowem. Nigdy nie jest do końca jednoznaczne. Nawet bliskie mi osoby potrafią opacznie zrozumieć to, co napisałam. Stąd potrzeba dialogu.
Poprosiłam dziś znajomego, by przestał do mnie pisać smsy. Dostaję od niego wiadomości od ponad roku. Coraz częstsze i coraz śmielsze. Słowa pozbawione emocji i kontekstu mnie stresują. Nie jestem w stanie ich zinterpretować. Emotikon nie zastąpi uśmiechu, wykrzyknik euforii, a namalowane serduszko miłości. To tylko ekran, który do mnie nie przemawia. 
Nie jestem z tej epoki i dobrze mi z tym. 



środa, 20 lipca 2016

Goniąc za własnym cieniem

Wydaje mi się, że życie z dnia na dzień przyspiesza. Nadaję sobie tempo, jakiego pozazdrościłby Hołowczyc. Tylko, czy znowu nie próbuję prześcignąć własnego cienia? Przecież każdego dnia zajdzie słońce i cień zniknie. Po co go gonić? Na pewno łapię kilka srok za ogon. Piszę opowiadanie, zbieram dokumentacje do książki, zobowiązałam się opisać swoje życie, maluję kilka mebli, zbieram owoce i robię przetwory, czytam, próbuję okiełznać trudny wiek 12 latka i w końcu mam wrażenie że z niczym nie posuwam się do przodu. Wypadałoby co jakiś czas wyrwać się z domu i spotkać z przyjaciółmi. Pamiętacie, jak zachorowałam, to deklarowałam, że teraz będzie wolniej i spokojniej. Wystarczy jednak wejść na Facebooka i zobaczyć ile inni zrobili wpisów na blogach, ile kolejnych książek przeczytali i jeszcze zrecenzowali, przeorali pole, zebrali miód i ugotowali potrawy godne najlepszej restauracji i poczuć się jak żółw. 




Lato rządzi się swoimi prawami, jest słońce, woda i wiatr we włosach. Nie sposób nie podróżować. Byłam w Sopocie na niesamowitym spotkaniu miłośników literatury: bloggerów książkowych i autorów. Naładowałam akumulatory witalne na długi czas. Wokół było tyle pasji, pogody ducha i przyjaźni, że czułam się tam jak w domu. Była to czwarta edycja corocznych spotkań nad morzem, nad którą patronat objął Literacki Sopot. Wydarzenie sponsorowało wiele wydawnictw, dzięki którym każdy uczestnik wrócił do domu z torbą książek. 
Rozmowa z pisarzami, m. in. Anną Sakowicz, Magdaleną Witkiewicz, Magdaleną Wardą czy Aleksandrem Rogozińskim była balsamem dla mojej duszy i bodźcem do działania. Cudownie było też spotkać znajomych bloggerów. 


Dziś idę na premierę Albumu Literackiego "Sztuka kochania... siebie w 15 aktach" Marty Lewandowskiej. Fragmenty będzie nam czytał grudziądzki poeta Tomasz Jurek, a przestrzeń wypełni saksofonista Wojtek Pawlak. W kawiarni będzie można podziwiać prace Mariusza Nasieniewskiego. 


Zakończyłam chemioterapię z powodu kłopotów z sercem. Nie mylić proszę z sercowymi :-)
Na sercowe przyjdzie jeszcze czas. Nawet jeśli na horyzoncie pojawiłby się ktoś, komu na mnie zależy, to nie mogłabym wpuścić go do swojego świata, w którym nie zawsze jest łatwo i przyjemnie, a przyszłość jest wielką niewiadomą. Nieuczciwym byłoby robić komuś nadzieję. Iluzją jest to, że zawsze wyglądam i czuję się tak dobrze, jak w danej chwili. Oczywiście jest mi smutno, że kroczę tą wyboistą drogą sama. Jednak nie mogę zaopiekować się kolejną osobą, być jak zwykle głową, szyją, okrętem i kobietą z jajami. To ja potrzebuje siły i wsparcia. Takiego na co dzień. 
To nie jest dobry czas na miłość... chyba że miłość do życia :-)

niedziela, 26 czerwca 2016

Tam gdzie gapy zawracają

Oglądam posty znajomych na Facebooku i widzę coraz większą fascynację starymi siedliskami i życiem na wsi. Wiele osób komentuje, że taka wiejska chatka jest ich marzeniem. Chwilami moja wyobraźnia i dzikie serce podszeptują mi, bym i ja takie siedlisko sobie znalazła, najlepiej tam gdzie gapy zawracają. Jednak rozum stopuje nieco te moje romantyczne zapędy.
W tym roku po raz pierwszy postanowiłam pomieszkać na wsi od początku maja do końca sierpnia. Jestem na półmetku i już wiem, że bardzo mi się tu podoba, jednak mam rodziców obok i cywilizację oddaloną zaledwie kilka kilometrów. Mierzę siły na zamiary. Sielsko i pięknie jest póki piec nie odmawia posłuszeństwa, okno nie przecieka, studnia nie wysycha, wiatr nie porywa wszystkiego z tarasu, a pająki wielkie jak krowy nie wprowadzają się do mojej sypialni. Już wiem, że mogłabym mieszkać na wsi, lecz mając wszelkie cywilizacyjne wygody oraz prawdziwego mężczyznę u boku. Piszę "prawdziwego", bo wskakiwanie na stół na widok myszy i dzikie pląsy okraszone wrzaskiem z powodu chrabąszcza we włosach to moja rola. 
By nie stało się ze mną tak, jak w tym słynnym skeczu na Facebooku, w którym jegomość kupuje dom w "pierdolonych" Karkonoszach, pozostaję przy modelu: jesień i zima w małym mieszkanku w mieście, a wiosna i lato w małym domku na wsi. Póki starczy mi życia będę jeździła z bagażami w tę i nazad, jak mawiała babcia. Wierzcie mi, niełatwo jest przenieść  niemal cały dobytek. W rezultacie pierwszy miesiąc wywożę, by ostatni zawozić z powrotem. W tę i nazad.
Do tego ciągle się urządzam, ponieważ zebranie starych mebli ze strychów i pchlich targów, to dopiero połowa sukcesu. Teraz muszę je wszystkie pomalować. Kardiolog kazał mi zwolnić tempo życia, więc opornie idzie mi w tym roku moja praca meblarza. Nie zamierzam się tym wielce martwić. Będę miała co robić w przyszłym roku. 

Taka refleksja krótka mnie dziś naszła. Kocham wieś za to, że zapominam tu o chorobie i gdyby nie nazwa bloga, straciłabym pamięć na zawsze.
Pozdrawiam z mojego półmetka.